Chłodny poranek rozpoczął się od zmiany. Mżawka, szare niebo, zapach mokrego asfaltu. Na rogu ulicy, niedaleko przystanku autobusowego, stała kobieta ze skrzynką jabłek. Miała na sobie stary płaszcz, ręce owinięte szalikiem, twarz pomarszczoną i zmęczoną. Siedziała na przewróconej skrzynce i cicho wołała do przechodniów:
„Świeże jabłka… pięć sztuk… komu na drogę?”
Funkcjonariusz Thomas zauważył ją z daleka. Od trzech dni łamała tę samą zasadę – sprzedawała bez zezwolenia.
„Już panią ostrzegałem” – powiedział, podchodząc.
Kobieta podniosła wzrok.
„Przepraszam pana. Potrzebuję tylko kilku. Zaraz wyjdę”.
Spojrzał na skrzynkę i pokręcił głową.
„Już to słyszałam. Wstawaj. Będzie pani musiała pójść ze mną”.
Westchnęła, otworzyła starą torebkę i zaczęła liczyć resztę.
„Czy mogę po prostu zerwać jabłka?” – zapytała cicho.
„Na lekarstwa. Dla pani Henderson”.
Zamarł. Znał to nazwisko. Pani Henderson – jego matka. Ta sama, która leżała w domu chora, potrzebująca drogich leków, na które go nie było stać.
Spojrzał na kobietę, a ona odwróciła wzrok.
„Skąd… znasz to nazwisko?” – zapytał.
Kobieta zadrżała.
„Ja… kiedyś opiekowałam się twoją matką. Myłam podłogi w jej domu. Zawsze dzieliła się ze mną jedzeniem. A kiedy dowiedziałam się, że potrzebuje lekarstw, pomyślałam: »Trochę się pomęczę«”. Pomogę ci trochę. Tylko nikomu nie mów, proszę pana. Niech myślą, że to od dobrych ludzi.
Kajdanki w dłoni Thomasa zrobiły się cięższe. Nie mógł odpowiedzieć. Podmuch wiatru uderzył go w twarz, wstrząsając skrzynką z jabłkami. Kobieta schyliła się, żeby je podnieść, a on po prostu stał, ściskając tę samą kopertę.
„Przepraszam” – powiedział cicho. „Pomyliłem się. Nigdzie nie pójdziesz”.
Kiedy wyszedł, Thomas szedł powoli, trzymając kopertę w kieszeni. W środku było tylko kilka banknotów i monet – ale wydawały mu się cenniejsze niż cokolwiek, co kiedykolwiek zarobił.

