Każdego ranka przyjeżdżała na stację przed świtem.
Na ławce przy trzecim torze rozkładała swoje pierożki – pyszne i gorące, nadziewane kapustą, ziemniakami i jabłkami.
W powietrzu unosił się zapach ciasta, dym z podmiejskich pociągów i zimny wiatr wiejący między szynami.
Ludzie przechodzili obok, niektórzy kupowali, inni tylko zerkali i szli dalej.
Nikogo nie wołała, nie kiwała – po prostu siedziała owinięta starym szalem,
uśmiechając się do każdego, kto się zatrzymywał.
Widywałem ją często – drobną, zgarbioną, ale zawsze z błyskiem w oku.
Kiedyś zapytałem ją, dlaczego nie jest w domu, dlaczego nie odpoczywa.
Odpowiedziała po prostu:
„Nudno w domu. Ale tu są ludzie. Każdy ma swoją drogę. Zostawię im chociaż trochę tego, co dla nich dobre”.
Aż pewnego ranka, gdy nad stacją zawisła mgła,
podszedł do niej wysoki mężczyzna w drogim płaszczu. Strażnicy odsunęli się na bok. Powiedział coś, a staruszka nagle wstała,
patrząc na niego, jakby nie mogła uwierzyć własnym oczom.
Później rozpoznałem go – to był minister transportu.
Zatrzymał się, zdjął kapelusz i powiedział cicho:
„Mamo, szukałem cię”.
Wtedy wielu po raz pierwszy dowiedziało się,
że ten surowy urzędnik wychował się w sierocińcu.
I ta sama staruszka przynosiła tam jedzenie,
żeby dzieci nie głodowały zimą.
Rozpoznał ją po zapachu pasztecików.
Tych samych z jego dzieciństwa.

