Zdarzyło się to wiosną, kiedy rzeka wystąpiła z brzegów w sąsiedniej wiosce. Padało bez przerwy przez trzy dni, a ulewa porwała wszystko – most, płoty, plac zabaw. Ludzie stali na dachach samochodów, wołając o pomoc.
Byłem tam, pomagając wolontariuszom wyciągać starsze osoby i zwierzęta.
I nagle ktoś krzyknął:
„Dziecko jest w wodzie!”.
Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy chłopca.
Stał prawie po szyję w mętnej wodzie, która płynęła z taką siłą, że mogłaby wciągnąć dorosłego.
W ramionach trzymał małego, szarego kotka.
Unosił go nad głowę, żeby nie zmoczył.
Woda sięgała mu do brody, nurt uderzał w pierś, ale się nie ruszył.
„Stój! Nie ruszaj się!” – krzyczeli do niego.

Skinął głową. I tak stał.
Kiedy podbiegliśmy, drżał już z zimna.
Jego dłonie były białe, usta sine, ale kociak był suchy.
Oddał go kobiecie z Czerwonego Krzyża i dopiero wtedy pozwolił się wyciągnąć.
Na brzegu przykryli go kocem.
Nie płakał ani nie mówił. Pogłaskał tylko mokry grzbiet kociaka.
Potem drżącym głosem powiedział:
„Wdrapał się na dach stodoły, a potem spadł… Nie mogłem go tam zostawić”.
Miał dziesięć lat.
A kiedy dziennikarz zapytał, dlaczego podjął ryzyko, chłopiec odpowiedział po prostu:
„Jest mały. A ja umiem pływać”.
