Upadła w samym środku przejścia.
Samolot nabierał już wysokości, gdy ktoś krzyknął. Ciało stewardesy, która przed chwilą podawała napoje, bezszelestnie opadło między rzędami. Metalowa taca roztrzaskała się o podłogę, rozlewając wodę na dywan.
Pierwsze kilka sekund upłynęło w ciszy. Wszyscy po prostu patrzyli. Niektórzy zakrywali usta dłońmi. Inni naciskali przycisk wywołania. Ale sygnał na nic się zdał – cała załoga spanikowała.
Z piątego rzędu wstał mężczyzna. Wysoki, ubrany w szarą bluzę, z twarzą, która natychmiast napawała ją spokojem.
„Jestem lekarzem” – powiedział krótko, klękając obok niej.
Sprawdził jej puls. Nie wyczuł.
„Proszę szybko opuścić przejście!” – krzyknął.
Pasażerowie odskoczyli, a ktoś przyciągnął do nich dzieci. Samolot zakołysał się. Położył ręce na jej klatce piersiowej i zaczął rytmicznie naciskać. Jeden, dwa, trzy…
Ciszę w kabinie przerywało jedynie jego liczenie i szum turbin.
Pilot ogłosił przez nagłośnienie, że jest to nagły przypadek medyczny. Ale tu, w przejściu, czas płynął inaczej. Pot na czole, blada twarz dziewczyny, pasy bezpieczeństwa łopoczące w turbulencjach – wszystko było pomieszane.

Wciągnął powietrze – i wtedy ciśnienie powróciło.
„Oddychaj, dziewczyno… no dalej, oddychaj…”
Ktoś cicho płakał. Ktoś filmował, nieświadomy tego, co robi. Kobieta w pobliżu szeptała modlitwę.
Wydawało się to wiecznością.
I nagle – ciche westchnienie.
Zamarł.
Potem kolejne.
Stewardesa drgnęła, biorąc ochrypły oddech. Jej oczy rozszerzyły się, ukazując czysty strach, a potem łzy.
Odchylił się do tyłu, zamykając oczy. Dopiero teraz zauważył, że drżą mu ręce. Pasażerowie zaczęli klaskać – bez opamiętania, głośno, z szlochem i ulgą.
Później pilot miał mu podziękować przez system nagłośnienia.
Ale on po prostu siedział na podłodze, opierając łokcie o fotel i patrząc w niebo za oknem.
Tam, gdzie przed chwilą przelatywali przez burzę, teraz było jasno i spokojnie.
