Kiedy Mia i jej mąż wprowadzili się do nowego domu, od razu zauroczyła ich pani Collins, starsza kobieta mieszkająca obok. Miała łagodny uśmiech, delikatny głos i zwyczaj machania do nich każdego ranka ze swojego ganku.
Od samego początku pani Collins okazywała im drobne uprzejmości. Przynosiła ciasta, sprawdzała pocztę, kiedy byli poza domem, a przede wszystkim podlewała kwiaty w ich ogrodzie przed domem.
Początkowo Mia uważała, że to tylko sąsiedzka uprzejmość. Kiedy wracała z pracy, ziemia wyglądała na świeżą, a kwiaty były żywe i kolorowe. Pani Collins zawsze wzruszała ramionami i uśmiechała się skromnie. „Rośliny też potrzebują miłości” – mówiła.
Wkrótce jednak Mia zaczęła dostrzegać coś dziwnego. Pani Collins podlewała ich rośliny codziennie, bez względu na pogodę. Nawet gdy ziemia była już wilgotna, stała z konewką, cicho nucąc. Czasami Mia przyłapywała ją na szepczeniu do kwiatów, jakby one mogły ją usłyszeć.
Pewnego wieczoru ciekawość wzięła górę nad Mią. Zaprosiła panią Collins na herbatę i delikatnie zapytała, dlaczego poświęca tyle czasu na pielęgnację ich ogrodu, skoro ma swój własny.
Starsza kobieta zamilkła, a jej oczy zaszły mgłą. Potem wyjawiła prawdę.
Wiele lat wcześniej dom, w którym obecnie mieszkała Mia, należał do córki pani Collins i jej młodej wnuczki. Razem założyły ten ogród, wypełniając go różami, liliami i stokrotkami. Jednak po nagłym wypadku obie zginęły, pozostawiając dom pusty na wiele lat.
Kiedy Mia i jej mąż się wprowadzili, ogród był prawie martwy. Dla pani Collins podlewanie nie było tylko pielęgnacją kwiatów. Chodziło o podtrzymywanie pamięci o rodzinie, którą straciła. „Każdy kwiat sprawia, że czuję, jakbym wciąż słyszała ich śmiech” – szepnęła.
Mia poczuła łzy napływające do oczu. Od tego dnia ona i jej mąż nie powstrzymywali pani Collins przed podlewaniem kwiatów. Zamiast tego dołączyli do niej. Razem dbali o to, by ogród kwitł – nie tylko jako sąsiedzi, ale także jako strażnicy pamięci zbyt cennej, by pozwolić jej zniknąć.

