Wyprawa rozpoczęła się jak zwykle. Czteroosobowy zespół geologów pracował na wybrzeżu Antarktydy, niedaleko starej stacji Wostok-3.
Wiercili lód, pobierali próbki i badali warstwy pod kątem obecności rzadkich metali. Było minus czterdzieści stopni Celsjusza, wiatr smagał ich po twarzach – jak zwykle.
Trzeciego dnia jedno z wierteł nagle się zablokowało. Wyglądało na to, że trafiło na coś gładkiego, a nie na skałę.
Po wyciągnięciu wiertła pozostały na nim ślady metalicznego połysku.
„To nie skała” – powiedział cicho inżynier, patrząc na ekran radaru. „Pod lodem jest gładka powierzchnia. Jak płyta”.
Postanowili ostrożnie oczyścić teren. Po kilku godzinach lód przerzedził się, odsłaniając powierzchnię pod wielowiekową niebieską warstwą. Gładką, szarozieloną, o idealnie prostych krawędziach.
Na początku myśleli, że to część starej stacji, być może zasypana śniegiem podczas wieloletnich zamieci. Ale kiedy zmierzyli dokładne współrzędne, zdali sobie sprawę, że stacja znajduje się dwadzieścia kilometrów dalej.
Płyta była dziwna. Żadnych śrub, spawów, śladów korozji. Była zimna nawet przez rękawice.
Na jednej krawędzi wyryte były linie, niczym znaki, ale symbole nie przypominały cyrylicy ani łaciny.
Fragment wysłano do laboratorium na stacji Mirnaya w celu analizy. Pierwsze wyniki nadeszły kilka dni później.
Stop, z którego wykonano płytę, nie pasował do żadnej znanej próbki przemysłowej. Zawierał tytan, aluminium i rzadkie pierwiastki, których nie można było łączyć w normalnych temperaturach topnienia.
Ale prawdziwa sensacja nadeszła później.
Według datowania radiowęglowego lód wokół płyty był starszy o 120 000 lat.
Oznaczało to, że obiekt został zakopany pod lodem na długo przed pojawieniem się człowieka na kontynencie.
„Kiedy wróciliśmy do bazy dwa dni później, przybyli żołnierze. Załadowali skrzynię z płytą na samolot transportowy i nikomu nie powiedzieli, dokąd ją zabiorą”.
Nikt więcej nie wspomniał o tym obiekcie.
Zaledwie kilka miesięcy później na zdjęciach satelitarnych obszaru, na którym prowadzono prace, pojawił się dziwny szczegół: na śniegu widoczny był ogromny, prostokątny zarys.
Idealnie gładki. Zbyt gładki, by mógł być naturalny.

