Kroczył boso po porannej trawie. Słońce właśnie wschodziło, krople rosy kryły się w zieleni, a powietrze pachniało świeżością i wolnością. Po odpoczynku w obozie wszystko wydawało się takie proste, jakby życie zaczynało się od nowa.
Sąsiedzi widzieli, jak biegł ścieżką, rozrzucając w powietrzu maleńkie obłoczki pyłku. Jego śmiech był tak głośny, że nawet ptaki na chwilę zamilkły.
W domu powiedział im, że tamtejsza trawa jest wyjątkowa. „Jest chłodna, jakby żywa” – powiedział z uśmiechem. Ale tego wieczoru jego matka zauważyła zmianę skóry na jego kostkach. Zbladła, jakby zniknęło światło.
Następnego dnia skóra zrobiła się zielonkawa. Pomyślała, że to alergia, a może po prostu zaczerwienienie. Nałożyła mu maść i dała herbatę, jak zawsze. Ale on tylko wzruszył ramionami i cicho powiedział: „Łaskoczy pod skórą”.
Minęły kolejne dwa dni. Stał się spokojniejszy. Nie wychodził już na spacery, nie zapraszał przyjaciół. W pokoju pachniało ziemią po deszczu. Na pościeli widniały ślady rosy, jakby wciąż chodził boso, tylko teraz – nie po trawie, a we śnie.
Kiedy lekarz go zbadał, w jego głosie zabrzmiała dziwna ostrożność. Powiedział, że to grzybica. Ale nie ta na paznokciach – głębsza, jakby zielonkawa wysypka przebiła się przez skórę i zapuściła korzenie.
Od tamtej pory słońce unikało jego twarzy. Leżało blisko – na parapecie, na ścianach, ale nie na nim. Jego skóra stała się przezroczysta, jakby próbowała coś powiedzieć.
Przestał narzekać. Tylko od czasu do czasu szeptał, że słyszy, jak trawa porusza się w środku, jakby pod jego skórą rosło coś żywego.
Trawa w pobliżu domu pożółkła. W powietrzu unosił się ten sam zapach – wilgotnej ziemi i spokojnego lata.
Od tamtej pory moja mama nie kosiła trawy przy ganku. Mówi, że wciąż czuje ciepło jego kroków.
Czasami, gdy słońce pada na ziemię pod określonym kątem, zieleń zdaje się lekko kołysać – sama z siebie.

