Płomienie żarłocznie lizały witryny sklepowe. Ludzie wybiegali, kaszląc, upuszczając torby, krzycząc w dymie.
Klara zdołała wybiec na ulicę – oczy ją piekły, włosy pachniały spalenizną. Chwyciła się ściany, próbując złapać oddech.
Za nią rozległ się huk eksplozji – coś spadło z sufitu i buchnął ogień.
I nagle – krzyk.
Cichy, rozpaczliwy, jakby przecinał powietrze.
Dziecinny.
Zamarła.
Strażacy krążyli dookoła, ktoś pociągnął ją za ramię:
„Wracajcie, tam nie możecie!”
Ale Klara już zrobiła krok naprzód.
Znała ten głos.
Bez namysłu, zasłaniając usta rękawem, rzuciła się z powrotem w płomienie.
Dym zasnuwał jej wzrok, podłoga była gorąca. Gdzieś trzaskały puszki, sypały iskry.
Krzyk rozległ się ponownie, bliżej. Za kasami, przy dziale dziecięcym.
Biegała, potykając się i wołając:
„Gdzie jesteś?!”
Odpowiedzią był krótki krzyk.
Na podłodze, wśród rozbitych półek, zobaczyła chłopca w wieku około pięciu lat.
Trząsł się, tuląc do piersi pluszowego misia.
Na zewnątrz powietrze uderzyło ją w twarz niczym lodowata fala. Strażacy podbiegli i przykryli ich kocami.
Chłopca wynieśli na noszach; ktoś poklepał Klarę po ramieniu, ktoś nagrał to telefonem.
Stała tam, cała w sadzy, nie wierząc, że uciekła.
I dopiero wtedy usłyszała za sobą:
„O mój Boże… to mój syn!”
Podbiegła do niej kobieta – młoda, z rozczochranymi włosami i podartą kurtką.
Klara była zdezorientowana.
„Twój syn?…”
„Tak! Zgubiłam go w tłumie, kiedy to się zaczęło!” Kobieta zapłakała i pocałowała chłopca. „Dziękuję!”
Klara się uśmiechnęła… ale w tym momencie jej wzrok padł na zabawkę.
Misia, zwęglonego na brzegach – tego samego, którego trzymała w rękach dziesięć lat temu, w dniu wypadku.
Jej własne dziecko wtedy umarło.
Klara powoli opuściła rękę.
Płomienie za nią odbijały się w jej oczach.
Nie mogła pojąć, jak zabawka mogła się tam znaleźć.
Ale chłopiec spojrzał na nią i nagle powiedział:
„Mamo?”

