Byłem tam, na tej ulicy, kiedy to wszystko się zaczęło.
Niebo było szare, wiatr niósł dym przez alejki, a płomienie były już widoczne nad starym skrzydłem szpitala. Początkowo nikt nie wierzył, że to aż tak poważne – wyglądało, jakby zapalił się kosz na śmieci albo pomieszczenie gospodarcze. Ale kiedy z okien zaczęły spadać szyby, stało się jasne: całe piętro płonęło.
Wyły syreny, ludzie wybiegli na ulicę, trzymając się za usta i oczy. Lekarze w białych fartuchach, pacjenci w kocach.
I pośród całej paniki zobaczyłem ją – młodą pielęgniarkę z okrągłym brzuchem. Stała przy wejściu, nie biegła, patrzyła w górę.
Ktoś krzyknął:
„Nie wolno tam wchodzić! Butle z tlenem, wszystko wybuchnie!”
Ale ona już biegła do środka.
Dopiero teraz zauważyłem imię „Anna” na jej identyfikatorze.
Płomienie buchały z korytarza, sufit się walił, syrena wyła, ale ona szła dalej – jedną ręką zakrywając brzuch, drugą trzymając się brzegu koszuli. Dym był gęsty, ale wiedziała, gdzie iść.
Na oddziale dziecięcym zostało tylko jedno dziecko – nie zdążyli odłączyć respiratora.
Weszła, gdy wszyscy się wycofali.
Mały pokój, łóżeczko przy oknie, wszystko skąpane w dymie i czerwonym świetle.
Kiedy wyszła za drzwi, ogień był już bardzo blisko.
Ktoś pobiegł na pomoc, ktoś krzyknął.

Jej oczy łzawiły od dymu, ale trzymała dziecko, jakby cały świat był teraz w jej rękach.
Na zewnątrz, na chodniku, dwóch mężczyzn ją podtrzymywało i w tym momencie budynek się zawalił – tuż za nią. Uklękła, trzymając dziecko, i po prostu siedziała, oddychając powoli, jakby uczyła się żyć na nowo.
Strażacy zaprowadzili ich do karetki.
Kiedy było już po wszystkim, usiadła na schodach, tuląc dziecko do piersi i cicho płacząc, nie z bólu, ale z faktu, że oddychało.
Później lekarze powiedzieli, że gdyby spóźniła się choć minutę, dziecka by nie uratowano.
A kiedy zapytali ją, dlaczego tam poszła, Anna tylko się uśmiechnęła:
„Bo ja też czekam na swoje. I nie mogłam pozwolić, żeby ktoś inny czekał, aż on nie będzie czekał”.
