Następnego dnia nie poszłam do pracy i ukryłam się pod łóżkiem, czekając na tajemniczego nieznajomego. O 11:50 drzwi otworzyły się niemal bezszelestnie, a potem… 😱
Ledwo wróciłam do domu, sąsiadka zatrzymała mnie tuż przed drzwiami i odezwała się ściszonym głosem:
— Nie wiem, kto u ciebie mieszka, ale ten mężczyzna od kilku dni przeszkadza całemu piętru. Głośno rozmawia, przesuwa meble, a czasami puszcza muzykę tak głośno, że wszystko słychać przez ścianę.
Początkowo nawet nie zrozumiałam, o czym mówi.
— Jaki mężczyzna? Przecież mieszkam sama.
Sąsiadka spojrzała na mnie tak, jakby była przekonana, że sobie z niej żartuję.
— Nigdy go nie widziałam, ale słyszę go prawie codziennie. Zwykle pojawia się w porze obiadowej. Czasami coś wykrzykuje, później długo chodzi po mieszkaniu. Wczoraj przez jakieś dwadzieścia minut przesuwał nawet coś ciężkiego.
Po plecach przebiegł mi lodowaty dreszcz.
Próbowałam przekonać samą siebie, że sąsiadka po prostu pomyliła mieszkania. Kiedy weszłam do środka, dokładnie wszystko sprawdziłam.
Okna były zamknięte, drzwi wejściowe nie nosiły żadnych śladów włamania, a moje rzeczy znajdowały się na swoich miejscach. Nikt nie zabrał pieniędzy ani dokumentów.
Wtedy jednak zauważyłam coś dziwnego.
W kuchni obok zlewu stał kubek, który tego ranka zostawiłam w szafce. Doskonale pamiętałam, że od kilku dni w ogóle go nie używałam.
Wydawało mi się również, że z lodówki coś zniknęło. Nie potrafiłam jednak powiedzieć dokładnie co, więc zaczęłam sobie wmawiać, że po rozmowie z sąsiadką po prostu za bardzo się nakręcam.
Tej nocy prawie nie zmrużyłam oka.
Każdy najmniejszy szmer wydawał mi się podejrzany. Kilka razy wstawałam z łóżka, zapalałam światło i sprawdzałam wszystkie pomieszczenia.
Ubrałam się jak zwykle, około ósmej rano wyszłam z budynku i celowo przeszłam przed oknami sąsiadów, żeby wszyscy mogli zobaczyć, że idę do pracy.
Następnie zostawiłam samochód za sąsiednim budynkiem i po około dwudziestu minutach wróciłam.
Do mieszkania weszłam bocznym wejściem od strony podwórza, z którego prawie nigdy nie korzystałam.
Chciałam ukryć się w taki sposób, żeby tajemniczy człowiek — o ile rzeczywiście istniał — nie miał najmniejszej szansy mnie zauważyć.
W sypialni stało duże łóżko na wysokiej podstawie. Wsunęłam się pod nie, wyciszyłam telefon i zasłoniłam się długim brzegiem narzuty.
Przez pierwsze dwie godziny nie wydarzyło się absolutnie nic. Zaczynałam już czuć się idiotycznie i zastanawiałam się, czy sąsiadka rzeczywiście wszystkiego nie pomyliła, a ja zamiast siedzieć w pracy po prostu leżę bez sensu na podłodze.
Jednak około 11:40 usłyszałam ciche przekręcenie zamka.
Drzwi otworzyły się bez żadnego uderzenia czy próby wyważenia. Ktoś po prostu wszedł do środka, używając własnego klucza.
Kilka sekund później usłyszałam kroki.
Mężczyzna spokojnie poszedł do kuchni.
Usłyszałam otwieranie lodówki, później szum wody z kranu, a po kilku minutach dźwięk włączonego telewizora.
Wszystko brzmiało przerażająco zwyczajnie.
Nie zachowywał się jak włamywacz, który boi się, że ktoś go zauważy. Poruszał się po mieszkaniu tak swobodnie, jak człowiek wracający do własnego domu po wielu latach mieszkania w tym samym miejscu.
Leżałam pod łóżkiem zupełnie nieruchomo, bojąc się wykonać najmniejszy ruch.
Kroki zaczęły zbliżać się do sypialni.
Mężczyzna wszedł do pokoju i zatrzymał się przed szafą.
— Oczywiście, znowu zostawiła tu bałagan — powiedział z irytacją.
Ręce zaczęły mi drżeć.
Mówił o mnie.
Chwilę później wypowiedział moje imię.
Przycisnęłam dłoń do ust, żeby nie wyrwał mi się nawet najcichszy dźwięk.
Potem ruszył w stronę łóżka.
Jego buty przesunęły się po podłodze dosłownie kilka centymetrów od mojej twarzy.
Zatrzymał się.
Po chwili usiadł na łóżku dokładnie nade mną, a materac lekko ugiął się pod jego ciężarem.
Przez kilka minut siedział bez ruchu.
Nagle wyjął telefon i do kogoś zadzwonił.
— Tak, jestem już w domu — powiedział zupełnie spokojnie. — Ona, jak zwykle, jest w pracy.
Wtedy ostatecznie zrozumiałam, że ten człowiek nie znalazł się w moim mieszkaniu przypadkiem.
Wiedział, kim jestem.
Znał moje imię.
Miał własny klucz.
I co najbardziej przerażające — doskonale znał mój codzienny rozkład dnia.
Kiedy po pewnym czasie poszedł do łazienki, ostrożnie wyciągnęłam telefon i napisałam krótką wiadomość do sąsiadki, prosząc ją, żeby natychmiast wezwała policję.
Mniej więcej piętnaście minut później ktoś zaczął mocno walić do drzwi.
Usłyszałam głosy, potem krzyki i odgłosy szamotaniny.
Dopiero wtedy zdobyłam się na odwagę, żeby wyczołgać się spod łóżka.
Kiedy dotarłam do przedpokoju, dwóch policjantów już trzymało nieznajomego.
Gdy mnie zobaczył, wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił.
Później dowiedziałam się, że był byłym właścicielem mieszkania.
Kilka lat wcześniej sprzedał lokal kobiecie, od której obecnie go wynajmowałam, ale w jakiś sposób zachował stary komplet kluczy.
Okazało się również, że od wielu lat cierpiał na poważne zaburzenia psychiczne. Przez pewien czas był leczony, później jednak przestał przyjmować przepisane leki i niemal całkowicie zerwał kontakty z innymi ludźmi.

Ale nawet to nie było najbardziej niepokojącym odkryciem.
Policjanci znaleźli w jego samochodzie pudełko wypełnione przedmiotami pochodzącymi z mojego mieszkania.
W środku znajdowała się moja biżuteria, prywatne notatki, szczotka do włosów, a nawet koszulka, którą od kilku miesięcy uważałam za zgubioną.
Wtedy wyszła na jaw jeszcze bardziej przerażająca prawda.
Ten człowiek przychodził do mojego mieszkania już od kilku miesięcy.
Najwyraźniej początkowo wpadał tylko od czasu do czasu, żeby obejrzeć miejsce, w którym kiedyś mieszkał.
Z czasem zaczął zostawać coraz dłużej.
Później zaczął również zabierać drobne przedmioty, których — jak sam twierdził — „i tak nikt nie zauważy”.
Po tym wszystkim nie byłam już w stanie spokojnie spędzić w tym mieszkaniu nawet jednej nocy.
W ciągu kilku dni wyprowadziłam się stamtąd na dobre.
