Korytarze szpitalne pachniały antyseptykiem i czymś zmęczonym, jakby same ściany widziały zbyt wiele.
Tom trzymał bukiet białych lilii – kupił je po drodze, na rozdrożu, od kobiety o zmarzniętych dłoniach.
Spóźnił się tylko kilka minut.
Pielęgniarka dyżurna podniosła wzrok:
„Pokój 312… ale pewnie już…”
Nie czekał, aż usłyszy resztę.
Szedł długim korytarzem, słysząc tylko własne kroki.
Na końcu – otwarte drzwi, stłumione głosy, metaliczny brzęk instrumentów.
I – trzask. Światło zgasło.
Tom zamarł.
W dłoniach trzymał lilie, których zapach wydawał się teraz obcy.
Pielęgniarka cicho zamknęła drzwi, a on stał tam, nie mogąc wejść.
„Przepraszam” – wyszeptał. „Będę tylko pięć minut…”
Postawił bukiet pod ścianą i usiadł na krześle w korytarzu. Zza drzwi dobiegły kroki i szelest prześcieradeł.
Potem cisza.
Minuty mijały, jakby sam czas nie chciał się ruszyć.
Schował twarz w dłoniach i nie zauważył, że ktoś zatrzymał się obok niego.
„Tom?”
Uniósł głowę.
W drzwiach stała kobieta – blada, w szlafroku, z bandażem na ramieniu.
„Dlaczego tu siedzisz?” zapytała, lekko się uśmiechając.
Skinęła głową.
„W 312 – inna Marta. Przenieśli mnie do 310. Krzyczałam, żeby ci powiedzieli, ale jak zawsze, nie słyszałeś.”
Zaśmiał się i rozpłakał jednocześnie. Lilie wciąż stały pod ścianą, mokre, jakby i one odetchnęły z ulgą.

