Przez wiele tygodni starsza kobieta codziennie wspinała się na dach i montowała „ostre drewniane pale”. Z dnia na dzień było ich coraz więcej. Dach wyglądał dziwnie, a nawet niepokojąco. Na początku mieszkańcy wsi tylko się przyglądali, potem zaczęli szeptać.
— Widziałeś jej dom?
— Tak… po śmierci męża chyba całkiem straciła rozum…
Sąsiedzi byli przekonani, że coś jest z nią nie tak. Mąż zmarł rok wcześniej, została sama, prawie z nikim nie rozmawiała. A teraz — to.
Plotki narastały z każdym dniem. Jedni mówili, że chroni się przed złymi duchami. Inni byli pewni, że to jakaś dziwna forma remontu. A najodważniejsi szeptali nawet, że staruszka „założyła sektę we własnym domu”.

— Normalny człowiek nigdy nie zrobiłby czegoś takiego na dachu — mówiono przed sklepem.
— To wszystko jest ostre, jak pułapka. Aż strach patrzeć.
Czasem ktoś nie wytrzymywał i pytał wprost:
— Dlaczego to robisz? Boisz się czegoś?
Podnosiła wtedy wzrok i spokojnie odpowiadała:
— To moja ochrona.
— Ochrona przed kim? — nie rozumieli ludzie.
— Przed tym, co nadejdzie.
I nie mówiła nic więcej.

Najpierw spadł śnieg. Potem zerwał się wiatr. Taki, który uginał drzewa aż do ziemi. Ludzie nie spali po nocach — dachy skrzypiały, ogrodzenia się waliły, a niektórym wiatr zrywał pokrycia dachowe.
I właśnie wtedy sąsiedzi zobaczyli coś, co wprawiło ich w osłupienie.
Kiedy burza ucichła, ruszyli sprawdzić zniszczenia. Wiele dachów było uszkodzonych. Jej — nie stracił ani jednej deski.
Pale przyjęły na siebie uderzenie wiatru. Podmuchy rozbijały się o nie, traciły siłę i unosiły się ku górze. Dach pozostał nienaruszony.
Później wszystko stało się jasne: staruszka doskonale wiedziała, co robi. Poprzedniej zimy silny wiatr niemal zniszczył jej dom. Wtedy jej mąż jeszcze żył. To on opowiedział jej o tej konstrukcji — starym sposobie ochrony przed wichurami, stosowanym kiedyś w tych stronach.

Dopiero wtedy ludzie zrozumieli: w tym dziwnym dachu nie było ani odrobiny szaleństwa.
