Russell Crowe wywołał spore zamieszanie wokół sequela Gladiatora, oskarżając twórców o całkowite niezrozumienie oryginału. Jego krytyka była tak ostra, że natychmiast trafiła na pierwsze strony gazet na całym świecie. Aktor bez ogródek stwierdził, że nie podoba mu się sequel, nawet w samym tytule, i zasugerował, że nie zamierza go oglądać.

Wspomniał, że w oryginale grał postać, która opierała się wyłącznie na sile moralnej, a nie na spektakularnych bitwach. Według Crowe’a, filmowanie było trudne, ponieważ musiał codziennie bronić integralności postaci. To właśnie ta integralność uczyniła Maximusa legendą. I to właśnie ta integralność, jego zdaniem, jest całkowicie nieobecna w nowym filmie.
Crowe był szczególnie oburzony zwrotem akcji, w którym twórcy postanowili przepisać przeszłość jego postaci. Sequel nagle nawiązuje do romansu Maximusa z inną kobietą – a to, zdaniem aktora, podważa wszystko, na czym opierała się historia. W końcu zemsta bohatera opierała się wyłącznie na miłości do zmarłej rodziny. Dla aktora nie był to jedynie błąd scenariuszowy – to była zdrada charakteru.
Stwierdził emocjonalnie: jak można zakładać, że mężczyzna, który pozostaje wierny żonie nawet po jej śmierci, jednocześnie miał sekretny romans? „To szaleństwo!” – wybuchnął Crowe. Według niego takie posunięcie niszczy moralne podstawy bohatera i czyni z niego osobę, którą Maximus nigdy nie był. A tym samym podważa całą logikę pierwszego filmu.

Po tych słowach internet eksplodował dyskusjami. Niektórzy poparli aktora, wierząc, że broni on roli życia. Inni upierali się, że sequel ma prawo do wolności artystycznej. Ale jedno jest pewne: Russell Crowe zrobił to, co potrafi najlepiej – powiedział prawdę tak głośno, że Hollywood będzie musiał się z tym pogodzić.
